Sikora: Gaz łupkowy? Jesteśmy pięć lat do tyłu

Minęły już trzy lata od słynnej zapowiedzi premiera Donalda Tuska, że zyski z gazu łupkowego wspomogą nasz system emerytalny. Wciąż nic na to nie wskazuje. – Ostatnie kilka lat to lata stracone. Mamy za mało odwiertów, nie jesteśmy w stanie oszacować wielkości naszych złóż, a przy tym okazało się, że na gazie łupkowym siedzi niemal cały świat – przekonuje Andrzej Sikora, prezes Instytutu Studiów Energetycznych w Warszawie.

ObserwatorFinansowy.pl: Co z tymi łupkami?

Andrzej Sikora: Można kpiąc powiedzieć, że mieliśmy pecha. W 2009 r. byliśmy w forpoczcie krajów szukających złóż gazu z pokładów łupkowych, ale potem okazało się, że te „łupki” są praktycznie wszędzie. W Rosji, w Ameryce Południowej, w Europie…  Z pierwszej trójki krajów o największych potencjalnych zasobach wg. Międzynarodowej Agencji Energetyki spadliśmy w 2013 roku do trzeciej dziesiątki. U nas od 2009 r. nie wydarzyło się niemal nic. Tymczasem ziściło się to, w co nie wierzyli nawet geolodzy, czyli wydobycie z łupków zaczęło oznaczać także dodatkowe źródło ropy. Zmieniła się więc energetyczna optyka świata. Stany Zjednoczone straciły główny motyw bycia „żandarmem świata”, bo są już w stanie zapewnić sobie niezależność energetyczną. Widzimy, że Ameryka idzie wręcz w stronę izolacjonizmu. Dzięki taniej energii odbudowuje swój przemysł. Przemysł petrochemiczny, chemiczny czy farmaceutyczny ucieka z Europy…

To kwestia wyłącznie pecha? Inwestowanie w łupki gdzie indziej okazało się bardziej opłacalne?

Pech to jedno, a zaniechanie to drugie. Przed ostatnie pięć lat nie podjęto żadnych decyzji w kwestii łupków. Inwestorzy uświadomili sobie, że w Polsce pod kątem prawnym mają „nicość”, gdyż bez przerwy dowiadywali się, że „jakoś to będzie”. Np. w kwestii podatków od wydobycia usłyszeli zapewnienia, że nie przekroczą 40 proc. i na zapewnieniach się skończyło, bo nikt tu ram prawnych nie zbudował. Tymczasem żaden koncern wydobywczy nie był nigdy skazany na Polskę. Każdy z nich ma portfele inwestycyjne, które ocenia pod kątem rentowności poszczególnych aktywów i projektów. Jeśli coś się w danym momencie nie opłaca, to po prostu się w to nie inwestuje – choć nie oznacza to, że kiedyś, w innej sytuacji do tego projektu się nie wróci…

A czy Pan zainwestowałby pieniądze w taki zakład: w ciągu najbliższych kilku lat w Polsce ruszy wydobycie łupków na dużą skalę.

Nie. Za dużo zmiennych niemierzalnych (uznaniowych jak na przykład podatki). Wszystko zależy od tego, jak koncerny wycenią rentowność versus ryzyko polskich aktywów. Póki co jednak jest to trudne, bo mamy zdecydowanie za mało odwiertów. Czekam na to, co się wydarzy na Pomorzu, na obszarze na Zachód od Wejherowa oraz od Warszawy do Zamościa. Te obszary rokują obecnie najlepiej. Może się okazać, że eksploatacja złóż z dwóch, trzech koncesji może być na tyle opłacalna, że zmieni całkowicie postrzeganie wydobycia w Polsce i koncerny znów zainteresują się nami poważniej. Żałuję, że Polska nie stała się awangardą poszukiwań za łupkami już w 2008 r. i wtedy nie wykonano z 500- 600 odwiertów poszukiwawczych nawet za cenę pełnego zwolnienia z opodatkowania. Bylibyśmy wtedy 5 lat do przodu, i to jaką wiedzą geologiczną!

Jak długo Stany Zjednoczone pracowały nad tym, co teraz nazywa się „rewolucją łupkową”?

15-20 lat. Historia łupków w USA zaczyna się z końcem lat 80, gdy Reagan pozwolił niejako za darmo testować dziesiątki tysięcy odwiertów w Teksasie. Jednak ludzi, którzy byli pionierami tych poszukiwań uznawano z początku za wariatów i naiwniaków. Żaden duży koncern „nie szedł wtedy w łupki”. Rewolucja łupkowa w USA wydarzyła się dlatego, że nikt nie denerwował się niepowodzeniami. Jeśli już 90 nawet 100 pierwszych odwiertów na nowo szczelinowanych dawało efekt, to było już dobrze. Amerykanie sami byli zaskoczeni efektywnością pozyskiwania węglowodorów z łupków. Rosła ona w wyniku postępu technologicznego o 30-40 proc. rocznie. My straciliśmy okazję na taką rewolucję. Warto podkreślić tutaj, że gdy w 2006 r. kupowaliśmy rafinerię w Możejkach za 2 mld dolarów, najwięksi na świecie jak Conoco, Chevron, Exxon skupowali właśnie aktywa małych firm szukających gazu z łupków. Na naszym niepowodzeniu zaważyła więc kwestia braku wizji.

Czy więc nawet, jeśli wydobycie gazu łupkowego w Polsce ruszy, to nie będzie miało takiego znaczenia, jakie mogłoby mieć?

Jeśli ruszy, to ruszy na serio. W wydobycie łupków nie inwestuje 20 mld dolarów, żeby zarobić 30 mld dolarów, tylko żeby zarobić 100 mld dolarów. Więc jeśli ktoś stwierdzi, że nasze złoża rokują poważnie i zacznie wydobywać u nas gaz, to na pewno będzie to miało znaczenie dla gospodarki. Obecnie jednak droga do tego daleka. Mamy wiele problemów do rozwiązania. Nasze złoża  są starsze niż te amerykańskie i mają inną charakterystykę. Wiemy dzisiaj na przykład, że przeciętna zawartość węglowodorów jest w nich niższa niż w USA, a także – że niższe są ciśnienia złożowe. To jednak nie są problemy nie do pokonania. Prawdziwy problem to zbyt mała liczba odwiertów na danym obszarze, uniemożliwiająca pełną weryfikacje złóż. Powinniśmy mieć 200, 300 odwiertów, a mamy 70 i zaledwie 7 szczelinowań. Jesteśmy po pięciu latach wciąż na początku drogi.

Przewidywał Pan taką sromotną porażkę łupków w Polsce?

Wystarczy poczytać nasze [Instytutu Studiów Energetycznych w Warszawie – dop. redakcja] artykuły sprzed kilku lat, w który pisaliśmy, że te 300 odwiertów to minimum, żeby myśleć o łupkach w perspektywie 5-7 lat.

Może inwestycje w łupki hamuje Bruksela, która nie patrzy na nie przychylnie? Niektóre kraje, jak Francja, nawet ich zakazują.

Oni tak naprawdę blokują technologię szczelinowania hydraulicznego. Ale to się nazywa ryzyko polityczne. Koncerny wydobywcze umieją sobie poradzić z nim w Libii, Syrii, Arabii Saudyjskiej, czy na Kamczatce. Poradzą sobie z nim także w Unii Europejskiej. Casus Francji czy Niemiec jest o tyle ciekawy, że przecież tam wydobywa się gaz konwencjonalny i ropę w dużych ilościach, przeprowadzając przy tym ok. 400 szczelinowań rocznie. Komuś to przeszkadza? Nie. A gdy szczelinowanie ma dotyczyć łupków, nagle zaczynają się protesty.

Problemem są tutaj kwestie ochrony środowiska.

Ale czy to jest problem nie do pokonania? Poza tym w Polsce od dawna przeprowadzało się szczelinowania hydrauliczne i nikt nie protestował. Myśmy się zapętlili jako kraj w łupkowej polityce. Nie było jeszcze nie tylko gazu, ale nawet wiarygodnych szacunków, ile go w ogóle mamy, a już zaczęły się dyskusje o ekologii, podatkach i emeryturach, które z tych podatków miały być wypłacane. I co teraz będzie? Kolejna spec-ustawa w sprawie łupków? Nie potrafimy normalnie stanowić prawa, to robimy specustawy. Od lat najważniejsze inwestycje w Polsce oparte są nie o normalny proces legislacyjny, a o robione na chybcika lex specialis. To niszczenie ducha prawa zgodnego z zasadą lex generalis. Mamy kilkadziesiąt nowelizacji prawa energetycznego, szykuje się kolejna. To absurd. Inna kwestia to już wspomniany przeze mnie brak wizji, wynikający z faktu, że wszystko jest upolitycznione. Weźmy państwowe spółki energetyczne, gdzie zwalnia się prezesów, a potem przez rok szuka dla nich następców. Na Zachodzie najpierw zapowiada się czyjąś dymisje, daje się mu kilka miesięcy na spokojne odejście i jednocześnie ogłasza następcę, który ma czas na wdrożenie. Dlaczego? Bo polityka gospodarcza, w tym energetyczna, podporządkowana jest tam długofalowej wizji mniej politycznej a bardziej gospodarczej. U nas postawione jest to na głowie.

Może łapie się zbyt wiele srok za ogon? Budżet na energetykę jest ograniczony, a wsparcia oczekują odnawialne źródła energii, kopalnie, łupki… Za dużo wektorów w tej polityce i nie wiadomo, na czym się skupić.

W Polsce panuje chaos, w fundamentalnej kwestii: chodzi o kierunek rozwoju gospodarki. Objawia się to choćby tym, że państwo nie jest w stanie pokierować ludźmi w zakresie kierunku ich edukacji. Zauważmy, że obecnie na wydziałach inżynierskich  mamy po 4 osoby na miejsce, a kilka lat temu nie było ani jednego chętnego. Mamy więc lukę pokoleniową, brakuje specjalistów, bo przez lata w tych branżach praca była po prostu nieopłacalna. Gdy dzisiaj mówimy o polityce energetycznej, popełniamy dokładnie ten sam błąd, co w 2008 r. Kierujemy się mianowicie pobożnymi życzeniami i wątpliwymi prognozami. Rządowe dokumenty są niewiele warte, bo nieoparte o rzetelne modele, prognozy i scenariusze zawierają liczby często brane „z powietrza”. W związku z tym właśnie pojawia się zamieszanie i owe wektory: OZE, atom, łupki i co tam jeszcze.

Jest więc Pan raczej łupkowym pesymistą?

Jestem z natury optymistą. Nigdy nie było jeszcze tak źle, żeby nie mogło być gorzej [śmiech]. Mówiąc jednak bardziej serio, to w energetyce jest kilka pozytywów. Przede wszystkim żyje się nam jako konsumentom w tym względzie dostatniej. Klimatyzacja nie jest już luksusem, a często oczywistością. Jesteśmy bezpieczni energetycznie, bogaci w surowce energetyczne i mamy możliwość bycia krajem zabezpieczającym sąsiadów.  Mamy też jako kraj dużą przestrzeń do prywatyzacji – przypominam, że w pierwotnych założeniach ustrojowych właściwie cały sektor miał być sprywatyzowany.

No tak, ale to jeszcze gdy nie przykładano tak dużej wagi do bezpieczeństwa energetycznego…

Ależ pomysł, że bezpieczeństwo energetyczne zagwarantuje państwo jest chybiony! Pół wieku temu za moje bezpieczeństwo energetyczne odpowiedzialny był… mój dziadek, który przynosił drewno z lasu do domowego pieca, bądź przywoził węgiel. Na półce stała wtedy lampa naftowa na wypadek, gdyby zabrakło prądu. Innymi słowy bezpieczeństwo energetyczne zapewnialiśmy sobie sami. I ten trend wraca. Co bardziej świadomi starają się tak budować domy, żeby pochłaniały jak najmniej energii, na czarną godzinę kupują generator prądu. Szczerze mówiąc, nie wyobrażam sobie, by za kolejne pół wieku w każdym samochodzie i każdym domu nie było małej elektrowni jądrowej, tak jak to przedstawione jest obrazowo w „Powrocie do przyszłości”.

Zimnej fuzji?

Owszem. Dlatego dyskusja o łupkach, OZE, itd. jest dyskusją doraźną. W długiej perspektywie o naszej przyszłości energetycznej zadecydują całkowicie nowe technologie. Prognozowanie zużycia węgla na kolejne 100 lat nie ma sensu.

Gdzieś jakiś naukowiec ma już pomysł, który zmieni świat?

100 lat temu Julisz Verne opisał, jak jego zdaniem będzie wyglądał Paryż w 2000 r. Jego przewidywania zamknięto w sejfie, a sejf zaplombowano. Dopiero w 1987 r. otwarto go ponownie i co się potem okazało? Że Paryż w futurologicznej wizji Verna był bardzo podobny do dzisiejszego Paryża. Verne miał bardzo trafne wizje pisząc większość swoich futurystycznych książek – przewidział np. istnienie łodzi podwodnych. Jak wytłumaczyć trafność prognoz pisarza? Budował je na podstawie rozmów z naukowcami swoich czasów. Tak więc nie wiadomo, czy świat zrewolucjonizuje wodór, zimna fuzja, czy co innego, ale tak naprawdę rewolucja energetyczna już teraz ma miejsce, już się dzieje. W zaciszu laboratoriów, w głowach naukowców, którzy już żyją gdzieś między nami.

4.10.2014 r.

Rozmawiał: Sebastian Stodolak

Dr inż. Andrzej Sikora – Prezes Instytutu Studiów Energetycznych w Warszawie, dawniej pracownik sektora paliwowego i bankowego. Adiunkt na Wydziale Wiertnictwa, Nafty i Gazu AGH w Krakowie i absolwent Akademii Górniczo-Hutniczej w Krakowie

źródło: obserwatorfinansowy.pl - otwarta licencja

Wróć do poprzedniej strony